Odliczamy!

środa, 16 lipca 2014

Dyszka

Wiem, że dla osób, które przygotowania do ślubu zaczęły na kilka miesięcy czy pół roku wcześniej, te nasze 10 miesięcy to ogrom czasu. Ale dla nas to zupełnie inna perspektywa. Leci na łeb na szyję.

I chyba pierwszy raz w naszym narzeczeństwie mam ostatnio takie myśli, że chciałabym, żeby jednak czas na chwilę się zatrzymał, albo chociaż trochę zwolnił. Żeby w jakiś sposób odwlec nasz ślub... Nie chodzi o wątpliwości, bo nie mam żadnych. Ale zaczynają się pojawiać rożne obawy - jak to będzie? Niby jesteśmy już w miarę przygotowani, ale jak sobie zaczynam myśleć o konkretnych, codziennych wymiarach życia małżeńskiego, to momentami ogarnia mnie strach. Nie paraliżujący. Naturalny, delikatnie uwierający. Strach przed tym, co nieznane. Bo to, czym żyjemy teraz, choć jest nieraz trudne i trochę już wychodzi bokiem, to jednak jest już dla nas oswojone, utarte, bezpieczne. A to, o czym ma się tylko jakieś blade wyobrażenie, może wywoływać niepokój. 
Takich obaw pewnie nie doświadczają pary mieszkające ze sobą, więc to spore pole do popisu dla Złego, który nie próżnuje z pokusami i sianiem zamętu... 

A tak zupełnie z innej beczki, dopełnieniem naszej niedzielnej randki była konferencja z Pachnideł pt. "O seksie".
I po raz pierwszy mam dylemat, czy rzeczywiście polecać do posłuchania... Hm, nie żeby o. Szustak tym razem gadał coś nie tak. Właśnie wręcz przeciwnie... Wszystko dokładnie wyjaśnił, użył adekwatnych porównań, roztrzaskał wciąż pokutujące mity i stereotypy na temat seksu (małżeńskiego oczywiście, bo w Pachnidłach o żadnym innym nie ma mowy), no i oczywiście nie szczędził przy tym poczucia humoru. 
I jak tak sobie tego wszystkiego posłuchaliśmy, to... aż się trochę odechciało czekać na to te 10 miechów... :D 

Nie no, to niezwykle ważna konferencja, więc naprawdę warto posłuchać. A jakby kogoś, tak jak nas, w efekcie ogarnęło rozleniwienie w kwestii czekania, to proponuję dla równowagi posłuchać też tego:

Są szalenie ujmujący, a ich historia ciekawa. No i mówią o seksie, a nie o "akcie małżeńskim"... ;)

25 komentarzy:

  1. Przesłucham, motywacja zawsze się przyda. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pierwszy raz jakiś materiał, do którego nie mam nic, żeby się przyczepić. :D Fajni są. :)

    PS. Z ciekawości zerknęłam do swojego narzeczeńskiego pamiętnika, co myślałam, jak byłam na takim samym etapie jak Wy. Wypisz wymaluj, to samo. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łoł, powaga??
      Bo ja tak tu napisałam o tych obawach, ale w przeświadczeniu, że to nie jest chyba do końca normalne. No może jak małżeństwo przychodzi nagle, w ciągu kilku miesięcy, to spoko. Ale jak się czeka długie miesiące, to już nie powinno być miejsca na takie niepokoje. Tak mi się przynajmniej wydawało.
      Uff, kamień spadł mi z serca, że mam się z kim utożsamić... ;)

      Usuń
    2. Aż Ci zacytuję: " Z okazji zmienionej cyferki w odliczaniu do ślubu dopadły mnie pierwsze przemyślenia. Nie żadne wątpliwości, tylko takie lekkie obawy. Niby 5 lat jesteśmy razem (**5 lat, kiedy to było..:P*), a wizja wspólnego mieszkania mi się wydaje jakaś taka abstrakcyjna :D O nasze dogadywanie się jakoś się w ogóle nie martwię, ale mam jakiś dreszczyk emocji i zastanawiam się, jak to będzie wszystko wyglądać." :)

      To nie były jakieś specjalnie rozkminy, absolutnie żadne wątpliwości, strach też nie. Taka właśnie lekka adrenalinka przed czymś ważnym i nieznanym. ;);) I właśnie miałam to wcześniej, a nie, że im bliżej ślubu. Im bliżej ślubu, tym bardziej byłam podjarana. Jakichś wielkich stresów, strachu, zmęczenia przygotowaniami itd. o którym wszyscy opowiadają, nie znam. Ciekawe, czy u Was podobnie będzie. :)

      Usuń
    3. Jedyne co - ostatnią rzeczą, której chciałam, to żeby czas zwolnił i żeby coś odwlec :D Ale ja już wtedy czekałam Wasze drugie tyle, więc wiesz... :D

      Usuń
    4. Nie no, to akurat rozumiem. ;) Ale z tymi obawami to niezły czad. No prawie słowo w słowo...! ;D

      Aż mi od razu lepiej, serio. :) Bo jak mielibyśmy w tym nieznanym być choćby w połowie tak szczęśliwi jak Wy, to już jestem spokojna. ;) ;)

      Usuń
    5. MYLISZ SIĘ, haha jak to fajnie napisać u Ciebie :P Ja na myśl o życiu po slubie mam lekkie dreszcze a mieszkam z moim R. kupę czasu juz. Ale wtedy to bedzie PO SLUBIE, z Bożym poparciem, legalnie, bez wyrzutów sumienia:)

      Usuń
    6. :):) jakie sobie zrobicie małżeństwo, takie będziecie mieli :) jeszcze możemy Wam do pięt nie dorastać. :D fajnie będzie :D

      Tak sobie teraz myślę, że tak na dobrą sprawę, to nie jest jakieś wielkie nieznane (przynajmniej z mojego punktu widzenia). To jest dokładnie to, co już masz, tylko non stop :p To, co fajne jest sto razy fajniejsze, to co wkurza, wkurza sto razy częściej. :p Za to masz wszystkie przyjemności związane tylko z małżeństwem :D :D problemy z finansami i pracą już miewasz, więc też nic nowego, dopiero jak dzieci i kredyt przyjdą, to się tym bardziej martwisz i trzeba bardziej kombinować.
      Mnie się takie przemyślenia włączały, jak byłam świadkiem czyichś kłótni, albo jak ktoś mnie straszył. A prawda jest taka, że ludzie lubią sobie pobiadolić i powyolbrzymiać, wrócą do żony/męża i po sekundzie o tym zapomną, a tylko całe otoczenie zostaje z obrazem, jakby to nie wiadomo co było (i trudno się dziwić, skoro tak to się przedstawia).

      Pamiętam, jak kiedyś przed ślubem powiedzieliśmy sobie, że zrobimy wszystko, żeby było tak dobrze jak wtedy. A teraz się śmiejemy, że zdanie "jest jak przed ślubem", to w porównaniu do tego, co teraz, to synonim wszystkiego, co najgorsze. :D :D

      To mnie wzięło na przemyślenia z rana. :D

      Usuń
    7. To o biadoleniu to do mnie? ;)

      Usuń
    8. Hahaha, jak to się mówi, uderz w stół... :D

      Usuń
    9. Jakby mi tylko o Ciebie chodziło, to napisałabym "to tylko Żona tak biadoli..." i nie bawiłabym się w aluzje. :p Takie gadanie, że "a po ślubie/ przy dziecku, to zobaczysz" i narzekanie, jakby to była największa tragedia na ziemi to co krok można usłyszeć.

      Usuń
  3. Co tam "akt małżeński", lepsze jest "czynić seks". Gdzieś to przeczytałem ;)

    Cholercia, sam musiałbym nagrać takie świadectwo czystości przedmałżeńskiej. O tym jak latałem po konfesjonałach pytać księży, o tym jak obwiniałem się za nasze wspólne wyjazdy z narzeczoną w góry, bo "bliska okazja do grzechu" i "zgorszenie", o tym jak analizowałem przedsoborowe katechizmy, gdzie pisano o "przyzwoitkach", o tym jak trafiałem na papieskie dekrety, gdzie pisało o pocałunku, który jest grzechem śmiertelnym.

    Autentycznie podziwiam pary, które walczą o czystość. Nie dlatego, że nie uprawiają seksu - to dla mnie nic wielkiego - my wytrzymaliśmy sześć lat, a jeszcze roczek czekania tylko. Podziwiam dlatego, że potrafiły jasno określić sobie granicę i ze spokojnym sumieniem się tego trzymały. I tutaj nie chodzi nawet o to, gdzie była ta granica - czy kończyła się na trzymanie za rękę czy namiętnych pocałunkach. Te osoby słuchają głosu sumienia i umieją być jemu posłuszne.

    Niestety moja cecha poddawania wszystkiego w wątpliwość zmuszała do analizowania katechizmów Bernarda Haringa, Adama Kokoszki i wykładni słowo w słowo, tego co tam lub w podobnych źródłach było napisane. A że wspomnieni autorzy dość jasno wypowiadali o zmysłowych pocałunkach, toteż po takich akcjach z moją narzeczoną nie mogłem się usprawiedliwiać "nieświadomością" ;).

    Z pewnego rodzaju zgorzknieniem słucham niewątpliwie piękne świadectwa jak np. te Patrycji i Emiliana o granicach, które są w naszych sercach, myśląc o tym, że każdy namiętniejszy pocałunek prowadzi moją narzeczoną prosto do piekła, a w najlepszym przypadku wydłuża cierpienia w czyśćcu.

    Oczywiście broń Boże, nie odradzam nikomu walki o czystość! Wręcz przeciwnie. Chciałem tylko napisać, że nie zawsze to tak pięknie wygląda, jak można sobie wyczytać tu i ówdzie. Wiem, że zajechało defetyzmem, ale ta walka z pewnością się opłaca.

    Tomek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tomku, ja ich wypowiedź odebrałam właśnie tak, że oni też szukali tych granic, próbowali, pozwalali sobie na coraz więcej, też dochodziło do sytuacji "podbramkowych"... Bo to zawsze jest trudna walka. Nie wiem, może są pary, dla których ustalenie i trzymanie się granic nie jest problemem, ale przypuszczam, że znakomita większość przeżywa podobne wątpliwości jak Ty. My może nie szukaliśmy w przedsoborowych dekretach, ale też szukaliśmy, pytaliśmy, nieraz spieraliśmy się w konfesjonale. I sporo nas kosztowało dojście do ładu z własnym sumieniem, gdy średnio co druga spowiedź kończyła się zaleceniem: nie spotykać się sam na sam, unikać spotkań wieczorami itd. A my mogliśmy spotykać się praktycznie tylko tak... A jak już udało nam się jakoś ogarnąć, uporządkować i ustalić pewne zasady i granice, to myślisz, że już święcie się ich trzymamy? No niestety nie. Staramy się bardzo, ale wciąż czasem zdarza się nam je przekraczać, bo jesteśmy tylko ludźmi...

      Ale najważniejsze jest to, co napisałeś na końcu - że ta walka z pewnością się opłaca. Dlatego przede wszystkim OWOCNEGO czekania! :)

      Usuń
    2. Tomku, Ty tak ciągle jeszcze masz z tym piekłem?

      Usuń
    3. Ada, dzięki za link :) Przyda nam się.
      A jak on na nią patrzy... - urzekające :D

      "Nie wiem, może są pary, dla których ustalenie i trzymanie się granic nie jest problemem" - ja takiej nie znam ;) Na podstawie kilkuletniego doświadczenia (;P) mogę powiedzieć, że nawet te granice są niekiedy płynne (podobny dotyk czy pocałunek co wcześniej, to samo miejsce, a różnie może działać) i nikt nam ich lepiej nie ustali niż własne sumienie, oczywiście odpowiednio ukształtowane. Temat rzeka. I stąd to szukanie granic jest dla nas ciągle żywe.

      Odnośnie zakazanych spotkań "sam na sam" już tu kiedyś była ciekawa dyskusja :) Dla mnie to kompletna bzdura, jeśli mielibyśmy bać się spotkania tylko we dwoje, o wzajemnym poznaniu nie wspomnę. Poza tym łatwo powiedzieć o niespotykaniu się wieczorami w przypadku większych odległości i rzadszych spotkań. Zresztą wieczór, nie wieczór - od tego, co pochodzi z serca powinno się zacząć ;) Od pracy nad sobą od podstaw, a nie tylko "pilnowania granicy", od budowania relacji z Bogiem i absolutnie nie od zadręczania się, gdy coś nie wyjdzie. I od uczciwości w sferze bliskości fizycznej, a przede wszystkim od budowania postawy Miłości i skupiania się na niej, a nie na upadkach, które są i będą.

      Przy okazji obejrzałam też ten film, o tym jak niewłaściwe wzorce i zachowania sprzed ślubu mogą rzutować na problemy w małżeństwie. Autentycznie podziwiam tego człowieka, bo miał niesamowicie daleką i trudną drogę do przejścia, a tu gdzie jest teraz to milowy krok do przodu :))) I podziwiam jego zawierzenie Bogu.

      10 miesięcy... Zazdroszczę... ;)
      Ale bardzo się cieszę z tego, co mam, nie wszystko naraz, ale ciężko wyłączyć niecierpliwość ;)

      Tomku, mała prywata do Ciebie - mógłbyś podać swojego maila albo napisać do mnie na miletta.blog@gmail.com ? :)

      Usuń
    4. Jasne, ale sama piszesz, że udało się "ogarnąć, uporządkować i ustalić pewne zasady i granice", a to, że czasami się je przekracza to po prostu natura człowieka.

      Większy problem jest wtedy, kiedy te granice ciągle Ci się zmieniają i to wcale nie w kierunku "więcej można", a stronę już chyba niebezpiecznego radykalizmu. Kiedy ja już byłem święcie przekonany, że mamy te granice rozsądnie i w zgodzie z własnym sumieniem ustalone, zjawiał się ktoś (Internet, konfesjonał, jakaś książka), który twierdził, że to wciąż "za dużo", a więc grzech śmiertelny, piekło i te sprawy... Bo przecież VI przykazanie.

      Z jednej strony człowiek trafiał na teksty mówiące o nieprzebywaniu sam na sam, o grzeszności pocałunków, nawet o niebezpieczeństwie trzymania za rękę, a z drugiej strony natrafiał na artykuły ze stron Knotza czy ten kiedyś przez was zalinkowany autorstwa Wałejko z podejściem, wydaje się, bardziej zdroworozsądkowym. I ciągle walka ze samym sobą, kto ma rację, jak robić, żeby nie grzeszyć itp.

      Przerabiałem to wszystko - wybierasz wersję radykalną - ciągła frustracja, nieporozumienia w związku, strach przed okazywaniem jakichkolwiek czułości, w zasadzie zero bliskości fizycznej. Bo wtedy już każde przytulenie narzeczonej czy nawet pocałunek w policzek wiąże się z podnieceniem, tym bardziej, jeśli widujesz się z nią tylko weekendy (tak jest u nas, były studia, liczyliśmy, że nadrobimy czas w wakacje, ale teraz znalazłem w pracę i znowu to samo)

      Wybierasz wersję bardziej liberalną - może na początku jest fajnie, ale później kończy się to rezygnacją ze sakramentów, bo masz już dosyć nękających wątpliwości czy ten pocałunek lub dotyk był przesadą czy nie, bo masz dosyć zastanawiania się, czy wspólny wyjazd na weekend, gdzie po raz pierwszy od kilku miesięcy macie okazje być wreszcie SAMI, bo w domach rodzinnych przebywanie sam na sam raczej nam nie grozi ;)

      I tak w kółko Macieju...

      Dlatego piszę raz jeszcze - podziwiam pary, które potrafią ustalić te granice i lepiej bądź gorzej się ich trzymać, ale mają konkretny PUNKT ODNIESIENIA, u mnie się to niestety nie sprawdza

      Tomek

      Usuń
    5. Tomku, jak wygląda Twoja relacja z Bogiem? Że wszelkie kościelne dokumenty masz prawie na pamięć wykute, to widzę, ale chodzi mi o relację z żywym, osobowym Bogiem.
      Ja niestety doskonale wiem, o czym mówisz, z tym drążeniem, czytaniem, poddawaniem w wątpliwość, no wszystkim, jakbym siebie sprzed ślubu czytała...i naprawdę mogę Ci zagwarantować, że modlitwa o to, żeby Bóg dał Ci się poznać takim, jaki jest, działa cuda. CUDA. Bo dopóki masz Boga za despotę, sadystę i złośliwego tyrana, który tylko czeka na to, żeby Cie w czeluści piekelne wtrącić, to nawet osobista analiza Twojego przypadku przez papieża to będzie dla Ciebie za mało... Długo bym mogła, ale nie publicznie. ;) Powiem Ci tylko tyle: ja się teraz naprawdę w końcu czuję wolna. I to wcale nie dlatego, że problemy się skończyły.

      Usuń
    6. Mi się wydaje, że to nawet nie tyle od relacji z Bogiem zależy. Przynajmniej u mnie nie tyle od relacji z Bogiem zależało, co... chyba bardziej od jakiś granic jakie sama sobie stawiałam? Że bardziej niż gniewu Boga bałam się swojego zawodu, że jednak nie jestem aż taka idealna? (Tak głośno myślę...) Dlatego chciałam konkretów, szukałam konkretnych granic, żeby sobie udowodnić, jaka to ja jestem, fajna, bo gniewu Boga to się jakoś specjalnie nie bałam? Ja miałam wtedy naprawdę żywą relację z Bogiem, chyba najbliższą w całym swoim życiu;P Z Przyjacielem, który zawsze mnie przygarniał... Ja wręcz w pamiętniku pisałam wtedy takie rzeczy, że właśnie On mnie kocha, wybacza, że jest miłością ale ja nie umiem sobie wybaczyć sama, sama dla siebie nie mam tej miłości nie mam , że powinnam to docenić, uszanować, nie upadać więcej a jest co jest itd.
      A może to w każdym przypadku inaczej wygląda?
      Nie wiem, ale wiem na pewno, że takie tendencje wracają- nie pocieszę Cię w tym, Tomku;) My teraz mamy w naszym małżeństwie okres że kilka miesięcy bez seksu, i ja od razu w głowie miałam co wolno, a czego nie wolno, że jakieś grzechy popełniamy, bo coś tam robimy. co jest za dużo, co nie za dużo... Masakra jakaś. Wyrzuciłam je z głowy, jestem póki co- spokojna. Jeden poytyw- najwyraźniej da się z tym walczyć;) i (swoją droga ) ta walka jakoś lepiej mi idzie tym razem, jak relację z Bogiem mam mniejszą niż poziom niedzielnego katolika.
      Dużo siły Tomku. Dokumenty przedsoborowe też czytałam, miałam mętl;ik w głowie po nich straszny;)
      Pozdrawiam:)

      Usuń
    7. Ojojoj, z tym własnym zawodem, że nie jestem taka idealna to święta prawda, w samo sedno... Idealnie to podsumowałaś. U mnie to, o czym Ty piszesz i problem kulejącej relacji z Bogiem się bardzo łączył. To nie był mój pomysł, że sama sobie wymagania stawiam, bo chcę być idealna. Nie, ja byłam przekonana, że ode mnie się tego ideału WYMAGA. Miałam poczucie, że MUSZĘ być idealna, MUSZĘ świecić przykładem, MUSZĘ "zasłużyć", MUSZĘ "dawać świadectwo" (dlatego mnie tak skręca na sam dźwięk tego hasła). Tak miałam w domu i to poczucie wniosłam w myślenie o sobie i potem w życie religijne i to miało bardzo duży wpływ na to, co myślałam o Bogu. Ja wtedy owszem, do kościoła chodziłam, modlić się modliłam (sorry, klepałam - bo, znowu, modlitwa na klęcząco gotowymi modlitwami to oddanie najwyższej czci i tak TRZEBA i nieważne, że to jest zupełnie bezrefleksyjne, inaczej jest "niegodnie" i nieważne, że to nie mój etap na taką pobożność, potem mi to jeden ksiądz wyprostował i Bogu dzięki.. no ale mniejsza o to). Relacji z Bogiem nie miałam tak naprawdę żadnej (bo niby jak, skoro klepałam ten sam tekst bez zastanowienia i nie dałam Mu nawet dojść do głosu?). Jak zaczynałam związek i padły pierwsze postanowienia, argument wiary mi nawet do głowy nie przyszedł (i wtedy było wszystko pięknie i normalnie;)). Bóg mnie w pewnym momencie pociągnął i wtedy dopiero zaczęły dochodzić argumenty religijne, a nie mając wtedy żadnej relacji, zaczęłam ją budować, na moim chorym wyobrażeniu. Ja się w ogóle nie bałam Jego gniewu. Ja o Nim myślałam tak, jak mówi Błaszkiewicz w tym fragmencie https://www.youtube.com/watch?v=j5a__KoaK3o ;) ;) Że niby dobry, "ale..." ;) Ja Go miałam za kogoś kto na mnie patrzy i myśli "nie no spoko, do nieba od biedy mooożeee bym cię wpuścił, ALE...", "masz dawać świadectwo, a ty co?", "TO jest świadectwo, zobacz, uważają, że czystość jest piękna, a ty co?", "coś słabo się starasz, skoro nie wychodzi, jakoś innym się udaje", "że niby dobre granice masz tak? o zobacz, tu masz kolejne świadectwo, proszę... i tu masz jeszcze dokument przedsoborowy", "poukładałaś sobie wszystko? sumienie spokojne? a czy ty aby masz je dobrze ukształtowane? no to masz następny tekst..." Ja, oprócz tego, że z domu wyniosłam moje wewnętrzne poczucie, że MUSZĘ świecić przykładem, być starsza i mądrzejsza;), naprawdę myślałam, że On stoi nade mną z linijką i mu ciągle "za mało" tego mojego "świadectwa". Po drodze było jeszcze miliard najróżniejszych rzeczy, kryzysy wszelkiej maści, które mnie utwierdzały w tym, że Bóg to złośliwy zgred, który tak mnie kocha, że się nade mną pastwi itd, nieważne;)

      Usuń
    8. I teraz dlaczego pytam Tomka, czy nadal tak ma z tym piekłem. o obraz Boga i relacje z Nim... Bo ja też mogłam cytować artykuły, twardo obstawać przy swoim i co z tego? Ja mogłam mówić, że Bóg jest dobry, ale czułam, że mi swoimi ludźmi w Kościele życie zniszczył. Ja w ogóle nie ufałam swojemu sumieniu, jak myślałam, że mam wszystko poukładane, to, jak u Tomka, "zjawiał się ktoś".;) Jak byłam pewna w sumieniu, że robię dobrze, tak na zdrowy rozsądek, to tak jak Tomek pisze, najpierw luz i spokój, a potem "a może ja mam źle sumienie ukształtowane". Tomek wie, co i jak, ma bardzo mądre podejście do wszystkiego, kłóci się o swoje, ma rację... WIE, że ma rację... Ale nie wiedzieć czemu wątpi i ciągle siedzi w piekle i w potępieniu. Komu może zależeć na tym, żeby wmówić grzech, którego nie ma i rezygnować z sakramentów?
      Dopiero po różnych burzliwych przebojach przyszedł właśnie taki moment, kiedy otrzeźwiałam. Zaczęłam się modlić o to, żeby dał mi siebie poznać jaki jest i żeby mi ponaprawiał wszystko, co jest odpowiedzialne za tę chorą sytuację, mój popieprzony perfekcjonizm, wszystko, żebym nie wniosła tego syfu do małżeństwa, bo wiedziałam, że je zniszczę, jak to się nie zmieni. I powoli, powoli, powoooooliiii, przez różne sytuacje, różnych ludzi, modlitwy, godziny w Biblii, zaczęło do mnie docierać dokładnie to, o czym mówi o.Fabian, już bez żadnego "ale". I to mi totalnie zmieniło perspektywę. Ale TOTALNIE. Z ręką na sercu, nie mam w małżeństwie takich rozkmin i wcale nie dlatego, że wszystko idzie bezproblemowo. Parę razy przyszła taka myśl, nie powiem, ale znikła tak szybko, jak się pojawiła. Bo jak się Boga upierdliwie uczepisz, jak Go poznasz takim, jaki jest, jak dasz mu się wyleczyć z czego trzeba, to nie masz chorych wyrzutów sumienia i nie masz takich rozkmin. Rozdmuchane wyrzuty, które wpędzają w poczucie beznadziei, nie są od Boga. Te od Boga to są jak uwagi od serca "ej, spodnie sobie czymś z tyłu uwaliłeś";). Powinieneś się cieszyć, że Ci powiedział, żebyś jak tłuk nie wyglądał, wyprać i już. I próbujesz jeszcze raz. Na luzaku. Jak się trzymasz upierdliwie Boga i jesteś uczciwy wobec siebie, to ufasz swojemu sumieniu (które masz od Boga przecież!) i nie boisz się piekła, nie dlatego, że masz wszystko poukładane, bo to jest niemożliwe, tylko dlatego, że wiesz i Mu ufasz, że On wszystko zrobi, żeby Cię stamtąd wyciągnąć (w końcu to też w Jego interesie:P). I wiesz, że Bóg naprawdę nie jest złośliwym zgredem, który ma miliard wymagań z kosmosu i tylko czeka, aż coś nie wyjdzie, żeby móc człowieka wrzucić do piekła, bo się podniecił przytuleniem, czy niewinnym pocałunkiem (i DOBRZE! znaczy, że zdrowy!). Jemu naprawdę nie chodzi o to, czy wszystko jest od linijki, centymetr wyżej, czy niżej, On ma gdzieś jak co z zewnątrz wygląda, bo widzi o wiele więcej i naprawdę chodzi postawę serca, o wolność i o Miłość. I dam sobie obie ręce uciąć, że serce Mu pęka, jak widzi, jak się z tym wszystkim szarpiecie...

      To tak w skrócie. :D :D Może to nie jest w ogóle Twój problem i bez sensu się produkuję, nie wiem, to tylko moje wrażenie, często się identyfikowałeś z tym, co pisałam, więc się ośmieliłam publicznie uzewnętrznić. Ale jeśli coś w tym jest, to tak, jak Miletta pisze, trzeba zacząć "od pracy nad sobą od podstaw, a nie tylko "pilnowania granicy", od budowania relacji z Bogiem i absolutnie nie od zadręczania się, gdy coś nie wyjdzie. I od uczciwości w sferze bliskości fizycznej, a przede wszystkim od budowania postawy Miłości i skupiania się na niej, a nie na upadkach, które są i będą."
      Amen.:)

      Usuń
  4. Twoje obawy są jak najbardziej uzasadnione:) Ale przecież tak jak wdrożyliście się w życie narzeczeńskie, tak samo stanie się z życiem małżeńskim. Poznacie to życie i odnajdziecie się w nim, nie mam żadnych wątpliwości. W dodatku macie warunki, które pozwolą Wam dobrze zacząć, na przykład praca. Ile jest takich par, które pobierają się bez ani jednej zarobionej przez siebie złotówki. Dopiero po ślubie zaczynają wszystko zupełnie od zera, a i tak dają radę się w tej nowej rzeczywistości odnaleźć:) Także wy na pewno też się odnajdziecie:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Strach przed nieznanym jest normalny, ale to wszystko po prostu przychodzi naturalnie:) Wszak mimo wszystko osoba za którą wychodzisz nie jest Ci obca :)
    U nas było tak, że sytuacja trochę wymusiła na nas wspólne mieszkanie (względy ekonomiczne i kilka innych zbiegów okoliczności) Mieszkaliśmy 2 lata przed ślubem razem, ale Złemu się nie daliśmy :) Cieszę się, że tamten czas juz za nami, ale z drugiej strony tamto czekanie też miało swój urok

    OdpowiedzUsuń
  6. Wyluzuj, Ada, po ślubie jest super. W końcu dzień w dzień możesz się budzić koło ukochanego, masz go "pod ręką", a przedslubne napięcie seksualne zamienia się w...sama nie wiem jak nazwać. Po prostu znika, bo nie było niczym więcej niż stałą potrzebą bliskości i czułości. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. I jeszcze jedno, off-topic, ale cóż ;) Właśnie natknęłam się na ten wywiad z o. Ksawerym Knotzem. Mówi m.in. o lękach w dziedzinie seksualności i o jakiejś obawie przed tym, żeby "wpuścić" Boga do tej sfery naszego życia. Jak dla mnie coś w tym jest. Byłam w lekkim szoku, gdy przeczytałam kiedyś, że Bóg jest między małżonkami podczas seksu. A przecież to Boży zamysł ;)))

    OdpowiedzUsuń
  8. A to ja tak w ramach trochę "prywaty" bardzo, bardzo polecam kurs "Przed nami małżeństwo" - to świadectwo Patrycji i Emiliana właśnie jest pod patronatem tego kursu :-). Swoją drogą jak dobrze poszukać to razem z teraz już mężem wypowiadamy na filmiku promującym te kursy :-). Pozdrawiam i serdecznie polecam!!!

    OdpowiedzUsuń

Jeśli chcesz, możesz skomentować to, o czym piszemy. Oczekujemy jednak podpisania się pod swoimi słowami, choćby pseudonimem. Komentarze wulgarne i obraźliwe będą usuwane.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...