Odliczamy!

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Nic złego

Nie ma nic złego w odczuwaniu tęsknoty mieszającej się z jakąś małą frustracją, bo chciałoby się już być blisko ze sobą na co dzień... Nie musieć żegnać się po 22:00 i rozstawać na kilka dni... Móc zasypiać i budzić się przy sobie każdego dnia...

Nie ma nic złego w kilku łzach bezradności, bo nic nie można zrobić poza zaciśnięciem zębów i wytrwaniem najbliższych 17 miesięcy w oczekiwaniu, które można uczynić radosnym. A łzy trzeba szybko otrzeć, żeby się nie dołować, tylko patrzeć na to, co w nas piękne, dobre i pełne nadziei.

Nic złego nie ma również w przeżywaniu wątpliwości i tłumaczeniu sobie po raz setny "na chłopski rozum", że wspólne zamieszkanie nie przyniosłoby nam satysfakcji, bo wyrzuty sumienia i odcięcie od Komunii Świętej na ponad rok wykończyłyby nas szybciej, niż można się spodziewać. A poza tym... Jak? Kiedy? Gdzie? Nie ma w ogóle takiej opcji. Zwariowałaś.

W tym wszystkim chyba nie ma nic złego. Tylko, cholera, jakoś tak czasem ciężko się z tym uporać...


41 komentarzy:

  1. Ciężko, ale za to potem jaka nagroda:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Strasznie współczuje katolikom. Jedno życie i tyle męczarni, nie wiadomo po co...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie WIADOMO po co i to jest najlepsze w tym wszystkim. A czy to rzeczywiście męczarnie? Nie sądzę. Po prostu czasem jest łatwiej, a czasem trudniej. Nie-katolicy nigdy nie przeżywają żadnych trudności?

      Usuń
    2. No na pewno nie takie na które osobiście mają wpływ :)

      Usuń
    3. W kontekście katoliczek:'

      Na jednej z konferencji związanej z NPRem.

      - prelegent tłumaczy kwestie związane ze śluzem
      * odzywa się ktoś z sali, że to kościółkowe, dla katoliczek etc.
      -prelegent na to: czy to oznacza, że niekatoliczki śluzu nie mają?

      ot tak żartem ale jakże prawdziwym.

      Usuń
    4. Głupszej odpowiedzi jeszcze nie słyszałam. Tu nie chodzi o śluz czy jego brak tylko że NPR ogranicza a tylko katolicy sami z własnej woli nakładają na siebie ograniczenia. Nie umniejszam NPR bo sama używam tej metody, bo hormony to syf, jednak w trakcie dni "P" jeśli mam ochotę na przytulanki to używam gumy. Gdybym miała żyć tylko z NPR to w łóżku bym miała zero spontaniczności a nawet przymus - "musimy to zrobić dzisiaj bo jak nie to następny tydzień na pewno nie, chodź, chodź". Ja tam wolę żyć spontanicznie i jako wolny człowiek, a nie na własne życzenie krępować się a to metodą antykoncepcji, a to niepotrzebnie wywoływać w sobie frustrację czy tęsknotę. Życie jest za krótkie.

      No ale cóż, nie muszę rozumieć poczucia humoru wszystkich.

      Usuń
    5. Anonimku, życie z definicji jest połączone z ograniczeniami:)
      Twoja wola tylko czy podejdziesz do nich jak do zła, czy jak do szansy na odkrycie czegoś nowego;)
      Naprrawdę, wsztrzęmięźliwość w dni P wcale nie musi być frustrująca, a towarzysząca temu tęsknota smutna;)
      Czasem warto potęsknić, żeby docenić siebie i odczuć wszystko ze zdwojoną siłą, czasem warto odkryć inne sposoby okazywania sobie uczuć, poczuć się jak x lat temu, kiedy czuliśmy do siebie taki pociąg, ale jednak jeszcze nie chcieliśmy dać sobie wszystkiego, a nawet czasem warto zobaczyć, jak mężczyzna się o ciebie stara, jak cię pragnie, i otworzyć się na niego mimo początkowej niechęci czy zmęczenia;)
      Naprawdę, NPR nadaje relacji małżeńskiej zdecydowanie więcej kolorów:)
      Naprawdę, to wcale nie jest złe, tylko trzeba na to we właściwy sposób spojrzeć.
      A swoją drogą gumki dość zawodną metodą są;)

      Usuń
    6. Bardzo smutne to co mówisz Żono.

      1. Piszesz że warto sobie przypomnieć jak to było kiedy jeszcze nie chcieliśmy dać sobie wszystkiego. Wtedy kiedy to było, to była NASZA decyzja, nasza, nie rodziców, kościoła czy metody antykoncepcji. I teraz również ograniczamy bliskość fizyczną kiedy MY mamy na to ochotę a nie kiedy coś nam to narzuca. Nigdzie nie napisałam że robimy to codziennie, wszędzie i kiedy tylko chcemy.

      2. Nie musimy rezygnować z seksu żeby sobie okazywać miłość w inny sposób - a seks to akurat dla nas dodatek do okazywania uczuć a nie główna forma - jeśli u Ciebie jest inaczej to naprawdę Ci współczuję.

      3. Czy Twój mężczyzna się o Ciebie stara i o Ciebie zabiega tylko wtedy gdy mu nie dasz a jemu się chce? To naprawdę straszne! Nawet sobie tego nie wyobrażam, bo mój mężczyzna zbiega o mnie każdego dnia - mniej lub bardziej - ale każdego dnia daje mi odczuć że jestem wspaniała, jedyna i w dodatku pragnie mnie tak że najchętniej by mnie w przerwie na lunch wziął na biurku w moim gabinecie.

      4. O gumkach piszesz z własnego doświadczenia? Bo ja używam ich w ten sposób dobre 10 lat i nigdy mnie nie zawiodły.

      A jeśli komuś to NPR nadaje kolorów w życiu małżeńskim to albo para się źle dobrała albo ma zbyt mało temperamentu albo po prostu związek się wypala. Sami świetnie potrafimy naszemu związkowi nadać koloru i wcale nie musi nas do tego ZMUSZAĆ metoda antykoncepcji, wystarczą dobre chęci, miłość, głowa pełna pomysłów i serce dla drugiej osoby.

      Usuń
    7. Metodę planowania rodziny wybraliśmy sami, nikt nas do tego nie zmuszał.
      Wręcz przeciwnie, ja do kwestii wiary mam taki stosunek, że prędzej bym zmieniła wyznanie, niż się do czegoś zmuszała wbrew sobie, nie widząc w tym nic dobrego. Bo najważniejsze jest dla mnie żyć w zgodzie ze swoim sumieniem.
      Skoro, jak piszesz, też od czasu do czasu ograniczacie bliskość fizyczną, to znaczy, że jednak też uważacie że jest coś w tym dobrego:) Niemożliwe:) Nakładacie na siebie jakieś ograniczenia? Z własnej woli? Kilka komentarzy wyżej pisałaś, że nie?
      Współczuć mi nie musisz, mi jest bardzo dobrze;) I z moją relacją i dobraniem z mężem też jest wszystko ok;P A temperament mam dość ognisty:P
      I tak, uważam, że nadaje kolorów życiu, stawia przed nami jakieś wyzwania i pomaga momentami wyjść z rutyny, te twoje wypunktowane wnioski to czysta manipulacja dla zasady, bo doskonale wiesz o co chodzi.

      Usuń
    8. A co do gumek, wskaźniki skuteczności mówią same za siebie. Poza tym mam koleżankę, która zabezpieczała się w ten sposób i dziś ma półrocznego synka.
      A jeszcze co do ograniczeń... Dziecko to dopiero ograniczenie;) My mamy akurat ochotę, a ono nie chce spać i dupa;P\

      Usuń
    9. Nie zrozumiałaś Żono albo celowo udajesz że nie rozumiesz.

      My nie uprawiamy seksu po prostu wtedy kiedy nie mamy na to ochoty. To tak jak z hm... tortem. Jeśli mam ochotę go zjeść to go zjadam jeśli nie to nie wpycham go na siłę. Czy to znaczy że z własnej woli się ograniczam? Nie, to znaczy że po prostu nie mam na niego ochoty. Nie traktuję wstrzemięźliwości jako, bo ja wiem, czasu w którym możemy stać się dla siebie lepsi, ponieważ każdego dnia staramy się być dla siebie tak dobrzy jak nam na to pozwala nasza ludzka natura. Jak już pisałam, dla nas seks jest dodatkiem, nie jest centrum naszej miłości, ja nawet nie uważam że seks jest najbliższą formą miłości, bo uważam że mój mężczyzna okazuje mi miłość bardziej tym że zwalnia się z pracy i jedzie do mnie 40 km w jedną stronę tylko dlatego że stłukłam wazon a że mam PMS to siedzę i ryczę, niż tym że sprawia mi rozkosz w łóżku.

      Z Twojej wypowiedzi wynika że ograniczamy się z własnej woli nie uprawiając seksu codziennie, a jest dokładnie na odwrót, gdybyśmy to robili codziennie, nawet nie mając ochoty to byśmy ograniczali własne zdanie i potrzeby, bo np. mamy potrzebę po prostu poleżeć i pooglądać film.

      A moje wnioski to żadna manipulacja, bo nie chcę nikogo przekonywać do moich racji. Po prostu wyrażam swoje zdanie i napisałam w punktach jak ja odbieram Twoją wypowiedź.

      Ps. Jeśli chodzi o gumki to chyba nie myślisz że przekona mnie jakikolwiek wskaźnik, skoro przez 10 lat nie zawiodła mnie żadna? A wiesz ile jest ludzi którzy stosowali NPR a dzisiaj mają dzieci? A wiesz ile ludzi ma dzieci mimo stosowania tabletek? Ja nawet oglądałam program gdzie kobieta sobie podwiązała jajniki a i tak zaszła w ciążę, bo lekarz coś schrzanił. Jeśli ktoś się decyduje na seks powinien być świadomy że nawet przy największej ostrożności można sprowadzić na ten świat nowego człowieka. I uwierz mi że ja o tym wiem. Czemu mam wrażenie że za wszelką cenę chcesz mnie przekonać do swoich racji? Miło by Ci było gdybym ja Ci wmawiała swoje racje? Uprzedzając Twój kontratak, spójrz na nasze wypowiedzi. Ja piszę co jest dla NAS lepsze i co uważam JA, nie używam formy (w przeciwieństwie do Ciebie) z której można wywnioskować że mój pogląd jest najlepszy dla wszystkich na świecie i jedyny właściwy...

      A dziecko jest takim samym ograniczeniem jak związek. I sama dobrowolnie się na to decyduję bądź nie.

      Usuń
    10. Po pierwsze, napisałaś dokładnie tak: "NPR ogranicza a tylko katolicy sami z własnej woli nakładają na siebie ograniczenia". Teraz, w ostatnim komentarzu, napisałaś tak: "A dziecko jest takim samym ograniczeniem jak związek. I sama dobrowolnie się na to decyduję bądź nie. "
      Jednak, jak piszesz, zdecydowałaś się na związek. Ograniczyłaś w ten sposób siebie, z własnej woli. Czyli jednak nie tylko katolicy?
      Mi nie chodzi o to, czyj sposób na życie jest najlepszy. Nie wmawiam nikomu swoich racji. Tamta koleżanka co zaszła w ciążę z gumkami jest mojaą najlepszą przyjaciółką od wielu lat i nic mi do tego czy używa gumek, czy nie.
      Tylko że to co piszesz jest zwyczajnie niekonsekwentne.
      Wiara jest takim samym wyborem, jak każdy inny. Jak każdy inny niesie za sobą szanse i ograniczenia. Nie można mieć ciastko i zjeść ciastko. Wchodząc w związek, ograniczas siebie, bo związek wymaga wierności, nie możesz więc "spontanicznie" zdradzać partnera na prawo i lewo. Ale związek to też szansa na zbudowanie wspaniałej, jedynej relacji z drugim człowiekiem. Można to rozumieć albo nie, ale tak jest. Tak samo dziecko. To ograniczenie ale i szansa. Można nie czuć instynktu rodzicielskiego, nie chcieć mieć dzieci, to nie mój wybór, ale to nie zmienia faktu, że też to jest pewna szansa. Tak samo z NPR. My katolicy, patrzymy na to (a może tak: powinniśmy na to patrzeć) jako na szansę. Ja tą szansę widzę i odkrywam w naszej codzienności, w naszym może i niełatwym, ale pełnym miłości małżeństwie, i naprawdę, nie interesuje mnie, jaką metodę antykoncepcji kto stosuje, ale nie zgodzę się z tym, że NPR tylko bez sensu ogranicza.
      Napisałaś:" I teraz również ograniczamy bliskość fizyczną kiedy MY mamy na to ochotę a nie kiedy coś nam to narzuca." Faktycznie, źle Cię zrozumiałam, bo dla mnie fakt, że nie mamy ochoty, jest żadnym ograniczeniem, tylko nie zmuszaniem się. Jednak w następnym komentarzu piszesz:" Czy to znaczy że z własnej woli się ograniczam?" Sama napisałaś, że się ograniczacie? Gdzie tu konsekwencja?
      Dalej: "Z Twojej wypowiedzi wynika że ograniczamy się z własnej woli nie uprawiając seksu codziennie, a jest dokładnie na odwrót, gdybyśmy to robili codziennie, nawet nie mając ochoty to byśmy ograniczali własne zdanie i potrzeby, bo np. mamy potrzebę po prostu poleżeć i pooglądać film. " Dlaczego więc uważasz, że skoro ktoś uznając zasady swojej wiary, ogranicza własne zdanie, a nie właśnie wyraża własne zdanie? Też tego nie rozumiem? Dla mnie szanowanie zasad mojej wiary jest właśnie wyrażaniem własnego zdania, gdyż, jak pisałam, prędzej zmieniłabym wyznanie niż robiła coś bez przekonania.
      Wskaźniki są obliczone na podstawie danyc statystycznych, nie muszą Ciebie przekonywać, ale skuteczność prezerwatyw jest w nich na dużo niższym poziomie niż stosowany poprawnie NPR.
      Nie wiem czemu masz takie wrażenie;) Przytocz mi konkretne zdanie, w którym wmawiam Ci swoje racje, to może się z Tobą zgodzę;) Ja za to mam wrażenie, że Ty jednak nie piszesz o tym, co jest dla WAS lepsze, tylko oceniasz katolików, w ogóle nigdzie nie widzę zdania, że "to jest dla nas lepsze", spójrz na swoje pierwsze komentarze.
      Absolutnie nikomu nie wmawiam swojego punktu widzenia, nie każdy musi być wierzący, nie moja broszka kto z kim śpi i jak się zabezpiecza, ale naprawdę, nasze życie nie jest tak smutne, że tylko nam trzeba współczuć:)

      Usuń
    11. Anonimowa - odpowiedź, której nie zrozumiałaś była pewną metaforą. Trudno, nie każdy pewne rzeczy potrafi zrozumieć, taka ludzka natura.

      Poczytałem Twoje odpowiedzi, z niektórymi wnioskami się zgadzam, choć piszesz tak agresywnie, że chciałoby się jakąś kontrę odpisać. Popracuj nad stylem.

      Usuń
    12. Ja się chyba z większością zgadzam. :P Ale ostry język Anonimku to Ty masz, trzeba przyznać. ;)

      Każdy wybór niesie ze sobą zawsze ograniczenia i straty pozostałych opcji. KAŻDY. Coś za coś. Nie unikniesz jakiejś "straty" obojętnie co byś wybrała, bo wszystko ma swoje plusy i minusy. Nie ma idealnej metody. Mnie akurat nie boli bardzo to ograniczenie, jestem chyba zaprogramowana na npr, jakoś tak wszystko naturalnie wychodzi. I ja akurat na przykład nie mogę ogarnąć, jak ktoś gumy może wybrać, dla mnie przerywanie w najlepszym momencie, żeby ubrać coś, co mi się kojarzy z wyliniałą skórą węża kojarzy jest gorszym psuciem spontaniczności. ;) Chociaż jestem w stanie zrozumieć kobiety, które zamiast "szarpanego" rytmu potrzebują jakiejś regularności, typu co 3 dni bez względu na fazę, albo że tylko w fazie płodnej mają ochotę, a w niepłodną odchodzi im wszystko jak ręką odjął i są nie do ruszenia. Wtedy rzeczywiście to może być jakaś masakra.

      Ale już to, że npr może kolorów nadawać i że to niby mobilizuje, żeby innymi sposobami sobie miłość okazywać, że facet się wtedy jakoś inaczej stara, itd. to dla mnie też jakaś abstrakcja. :P

      Usuń
    13. Jej, z tymi kolorami i staraniem się, to chodziło mi o to, że w fazie płodnej mój Mąż czasem chodzi za mną i mi szepce, jak on by chciał, mmmmm, ale on by mnie schrupał, ale nie można, ale on ma na mnie ochotę, szkoda że nie można itd:) A w niepłodnej, kiedy czasem faktycznie ja mam mniejszą ochotę, i mówię mu że nie chcę, jestem zmęczona, dzieciak mnie wykończył i w ogóle, to tak chodzi wokoło mnie i tak się stara, że mi ochota przychodzi... To są te kolory, takie trochę "narzeczeńskie" zaloty w małżeństwie, to naprawdę fajne jest... I teraz w kryzysie naprawdę fajnie to nam przypominało ten czas narzeczeństwa i zakochania, i przez to nas mobilizowało trochę...
      Ja widzę że każdy tu źle zrozumiał, że w czasie niepłodnym nic więcej nie robimy tylko się seksimy, a w czasie płodnym z braku laku znajdujemy czas na inne rzeczy, a mi zupełnie nie o to chodziło :P

      Usuń
    14. Aaaaaa :D hahaha bo ja to od razu z rozpędu potraktowałam, jak wszystkie wypowiedzi w stylu "to jest czas na nauczenie się okazywania sobie miłości w inny sposób" i argumentowanie tym wyższości npr nad całą resztą, jakby to było zadanie tylko na 10 dni w cyklu i jakby bez tego sobie ludzie nie radzili. ;)

      Usuń
    15. Nieeee, w ogóle nie o to chodziło, zresztą dlatego właśnie średnio mi się podobał pomysł z tym adwentowym postanowieniem, bo może wprowadzać taki schemat rozdziału czułości fizycznej i innego okazywania sobie uczuć, a to musi przenikać się przecież. I pod tym względem Anonimowa ma zupełną rację i ja się z nią wcale nie kłócę, mi się tylko nie podoba to, jak ona przeczy sama sobie w tej kwestii ograniczeń, no i to, że do mojego zdania dopowiedziała sobie całą historię jak to mąż mnie nie kocha i trzeba mi współczuć;)
      Jednak dla mnie ten czas oczekiwania ma w sobie coś wyjątkowego. Nadaje takiego smaczku i zdania nie zmienię:) Ale tak wyraźnie zauważyłam to dopiero jak jakiś czas faktycznie nie mieliśmy ogrniczeń bo byłam w ciąży, ogólnie super czas, korzystaliśmy z tej bliskości, cieszyliśmy się, że nie musimy sobie zawracać głowy tym czy można, czy nie, ale... troszkę zaczęło mi z czasem brakować jednak tego NPR-owego rytmu i tej przerwy. W sumie jak teraz myślałam że jestem w ciąży, to też mnie troszkę dołowało to, że nie zdążyłam się jeszcze porządnie tym rytmem i tą kokieterią związaną z tą przerwą nacieszyć:)))

      Usuń
  3. Ale za to finał tęsknoty jest najlepszy na świecie, ja zawsze lubiłam tęsknić :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przecież teraz to bez sensu będzie, jak się poddacie :p Już tyle wytrzymaliście i miałoby to wszystko się zmarnować? Jesteście na tym blogu już z 10 miesięcy, zaraz to będzie ponad rok - zauważyłaś kiedy to minęło ;)?
    Dacie radę, to tylko 17 miesięcy. Tym bardziej, że wiecie po co i dla kogo to robicie ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Spokojnie, nie mamy zamiaru się poddawać. :)
    Takie tam chwilowe obniżenie nastroju.

    OdpowiedzUsuń
  6. Teraz to już ostatnia prosta! Nie frustrować się, tylko siły zbierać, bo będzie się działo. :D :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty to zawsze potrafisz odpowiednio zmobilizować. :D

      Usuń
  7. A jak ja bym chciała, żeby zostało nam tylko 17 miesięcy... Kiedy ostatnio rozmawiałam z Adamem i usłyszałam, że ślub to za jakieś 6lat, aż mi łzy w oczach stanęły. Znam Twój ból. Przed chwilą pożegnałam Adama i zawsze muszę pojęczeć, że tak bardzo chciałabym zasypiać i budzić się obok niego a tu taki lipton...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy widziałaś, ale myślę, że warto posłuchać. ;)
      Czasami po prostu nie ma sensu czekać aż tyle.
      http://www.youtube.com/watch?v=OysdlD1zzsc

      Usuń
    2. Oj to koniecznie nadal słuchajcie razem Pomarańczarni! O. Szustak mu w którejś konferencji ten głupi pomysł z głowy wybije. :) :) Długie odkładanie ślubu, kiedy jest się siebie pewnym jest do bani. Nawet jak ma się sensowne argumenty, żeby odłożyć i wiesz, że są słuszne, ba, nawet jak potem też nie żałujesz, bo spełniłaś marzenia, co do ślubu i wesela, to i tak nie zmienia to faktu, że takie odkładanie było w międzyczasie do bani. :P Wiem, co mówię.

      Usuń
    3. Tego świadectwa już razem słuchaliśmy, akurat wybrał z niego wszystko, tylko nie to, co ja bym chciała. :D

      Jejku, który to sezon, która konferencja?!?!?!?!?!? zaraz będziemy słuchać :D

      Usuń
  8. wybraliście dla siebie jedno z tych trudniejszych rozwiązań, nie dziwię się więc wcale, że przychodzi zwątpienie.
    Myślę, że jeszcze wiele takich kryzysów przed Wami, bo się kochacie a więc i pożądacie. Uważam również, że ten projekt Adwent jeszcze bardziej potęguje kryzys. Może warto rozważyć, czy macie siłę go ukończyć ?

    Szkoda, że waszego ślubu nie da się przyspieszyć :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tylko chwilowy mały kryzys, jakich - jak słusznie zauważasz - pewnie będzie jeszcze wiele. Widzę, że Projekt Adwent na tyle Cię razi, że próbujesz obarczyć ten pomysł odpowiedzialnością za wszelkie trudności. :) Ja bym tego nie mieszała. Po prostu czasem przychodzi gorszy dzień i chciałam, żeby to też tutaj wybrzmiało. Nie oczekuję rad, słów pocieszenia czy przestrogi. Po prostu chciałam się tym podzielić.

      A ślub pewnie dałoby się przyspieszyć, ale nie chcemy tego. Wiemy, że zdecydowaliśmy słusznie, a że towarzyszą temu drobne trudności, to raczej normalna sprawa. :)

      Usuń
  9. Cześć. To normalne, bardzo Wam kibicuję, widzę po trosze nasz związek. Pamiętam, jak było nam dane spać razem (przed ślubem) w jednym łóżku, bajka, to był przedsmak tego przyszłego życia. Przyznam, że rzeczywiście kilka miesięcy Wam pozostało, ale cóż nie robi się dla pięknej miłości. My odliczaliśmy po zaręczynach od 421 dni.

    Znaliśmy się od pierwszego roku studiów i dopiero na 3 zaiskrzyło. Przeszliśmy przez etapy, nielubienia się, nikłej znajomości, kumplowania się, razem działania, przyjaźni, narzeczeństwa i jesteśmy na etapie małżeństwa.

    To jest właściwa droga wg mnie. A frustracje są normalne, ludzka natura. pozdrawiam,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za te słowa! I za kibicowanie też - przyda się. :)

      Usuń
  10. Bądźcie radości nawet na przekór tej tęsknocie, bo nie ma w tym czasie nic piękniejszego:)

    OdpowiedzUsuń
  11. nam też było cięzko, tym bardziej, że dzieliły nas 130 km! czas rozstania, ostatniego busa... był przeokropny. A teraz... już się o tym nie pamieta! Ale z drugiej strony mamy wspaniale wspomnienia i wspólne małżeńskie początki. wszytsko jest nasze i na swoim miejscu :)
    Tak więc na szczęście prawdziwe tzreba troche popracowac, ale warto, warto :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Takie dni też bywają potrzebne, byłoby co najmniej dziwne gdybyście ich w ogóle nie mieli ;)
    Pomodlę się za was :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Powiem Ci, że mi się do tej pory zdarza tęsknić za Mężem, nawet jak jest w tym samym pokoju (sic!), ale np. strasznie czymś pochłonięty, jakby go nie było... I to jest bardzo dobra tęsknota - i moja i Twoja/Wasza - przypomina o tym że i jak się kochacie!
    Cieszcie się tą tęsknotą, martwić byście się mogli gdyby zniknęła.

    Całuję :*

    OdpowiedzUsuń
  14. Może Ci to pomoże na następe kryzysy: gdybyście się zamieszkali razem, bądź innym sposobem zdecydowali się na współżycie, to nie będzie tylko kwestia odcięcia się od sakramentów na jakiś czas. Po pierwsze wiąże się z tym ogromne ryzyko - jeśli ktoś umrze w tym czasie, zapewnia sobie wieczne potępienie.

    Po drugie z kolei, każde nasze grzechy mają przełożenie na nasze późniejsze życie. Wracają rykoszetem, robią dalszą krzywdę i ranią. Wybaczenie wybaczeniem, ale szkody na psychice swoją drogą. Nawet tak drobne naruszenia czystości, jak dotyk czy tylko myśl - potrafią potem skutecznie rozwalać życie małżeńskie.

    Także zupełnie nie warto ;)

    Ściskam,
    Marysia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę mówiąc, argument o sprowadzeniu na siebie wiecznego potępienia nie jest dla mnie zbyt przekonujący, bo trochę mi się nie zgadza z moim obrazem Boga - sprawiedliwego i jednocześnie miłosiernego, który przecież jest Miłością. Naprawdę myślisz, że zawsze, gdy ktoś umiera w stanie grzechu ciężkiego, idzie od razu do piekła, bez względu na to, jakie życie prowadził, w co wierzył, czym się kierował, jakie miał zalety, a jakie słabości i tak dalej...? Myślę, że to bardzo przesadzone uproszczenie. Bożego Miłosierdzia nie da się tak po prostu ogarnąć i zamknąć w regułkach: tacy i tacy na pewno do piekła, tacy i tacy do czyśćca, do nieba tylko święci... Nie sądzę, by ktokolwiek na ziemi czuł się na siłach, by opowiadać z przekonaniem o Bożych wyrokach. Wyjątkiem są święci, do których Pan Bóg przemawia osobiście w objawieniach, ukazując część prawdy o niebie i piekle (np. św. Faustyna), ale to już wyższa szkoła jazdy.
      Ja nie mam potrzeby zastanawiać się, czy gdybyśmy się potknęli i zaczęli współżyć, od razu poszlibyśmy do piekła w razie nagłej śmierci, czy nie. Wystarczy mi wizja tych wyrzutów sumienia i zranień, o których wspominasz w drugiej części swojego komentarza. To wystarczająco odstraszające, by odpędzić chwilowy kryzys.
      Tak czy inaczej - wiemy, że nie warto. :)

      Usuń
    2. Ohi, wątek teologiczny ;) Zauważyłam w Twojej wypowiedzi dwa pytania, i to rozróżnienie jest chyba istotne.

      Czy uważam, że człowiek, umierając w stanie grzechu śmiertelnego, idzie do piekła? Tak. Tak naucza Kościół i dyskutować z tym nie można, to są po prostu fakty naszej wiary. Pan Bóg, jakkolwiek Miłosierny, nie będzie przekraczał zasad, które sam ustanowił.

      Natomiast czy można ferować zdania na temat Bożych wyroków co do konkretnej duszy, co do jej losów po śmierci? Nie, oczywiście, że nie. Miłosierdzie Boże jest niezgłębione i właśnie dlatego aż do ostatniej chwili, ostatniego tchnienia daje najgorszemu grzesnikowi szansę nawrócenia. Każda dusza zawsze otrzymuje środki niezbędne do własnego zbawienia. Największym grzesznikom może w dosłownie ostatniej chwili móc żal doskonały.

      Z trzeciej zaś strony, łaska Boża ma też polegać na tym, że nie dopuści nas do śmierci w stanie grzechu. Dlatego modlimy się "od nagłej a niespodziewanej śmierci", dlatego nosimy szkaplerz, dlatego odprawiamy pierwsze piątki - aby zminimalizować ryzyko śmierci w stanie grzechu.

      I powiem Ci na koniec od siebie - były takie chwile (w różnym kontekście, nie tylko VI przykazania), że żadna logiczna argumentacja nie pomagała, a wizja piekła nadal była skuteczna.

      Uściski!

      Marysia

      Usuń
    3. Na szczęście Bóg ma wgląd w całość człowieka, zna całą historię i wszystkie motywy, myśli i wszystko, wszystko, co się złożyło na to, że człowiek postąpił tak, a nie inaczej i że to, że nam się od linijki coś wydaje, że jest ciężkie, może w rzeczywistości wcale takie nie być. I odwrotnie - pod lekkimi grzechami mogą się kryć chore motywy.

      Usuń
    4. @ta z żebra - nie bardzo rozumiem, do czego się to odnosi. Oczywiście, że grzechu bliźniego ocenić w żaden sposób nie można. Ba, nawet w ocenie własnego można dokonać pomyłki ("dociążanie" ich to skrupulanctwo, z tym też się walczy, a bagatelizowanie ciężkich to jeszcze ryzykowniejszy problem). Ale nijak nie zmienia to sedna mojej wypowiedzi...

      M.

      Usuń

Jeśli chcesz, możesz skomentować to, o czym piszemy. Oczekujemy jednak podpisania się pod swoimi słowami, choćby pseudonimem. Komentarze wulgarne i obraźliwe będą usuwane.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...