Odliczamy!

piątek, 12 lipca 2013

Grechuta i moje czekanie

Czasem tak mam, że wstaję rano z jakąś piosenką w głowie. Po prostu wciąż brzmi mi w uszach, chociaż dawno jej nie słyszałam. Niejednokrotnie jest to utwór, który nawet mi się nie podoba... Ale moja podświadomość ma "głęboko w środku gdzieś" to, że ja czegoś nie lubię. Jak rano zacznie, tak do wieczora nie może skończyć mi podsuwać tej samej melodii... A jeszcze nie daj Boże, jak w ciągu dnia naprawdę ten kawałek gdzieś usłyszę, na przykład w radiu... Wtedy to już w ogóle przekichane. Jak rzep psiego ogona...

I tak było też dzisiaj. Godzina piąta, minut trzydzieści... A mnie w głowie siedzi Grechuta. No by go drzwi ścisły (jak to mówi moja mama). Nie przepadam za Grechutą. Ale co to kogo obchodzi? Siedzi w głowie i śpiewa. I męczy. I nie da spokoju. Całe przedpołudnie. I oczywiście musiałam to jeszcze usłyszeć przez przypadek w radiu... Więc i całe popołudnie, i wieczór z głowy. Wrrr! Wiem, wiem, to drobnostka, ale mnie tak wyprowadza z równowagi...

Ale, ale - nie byłabym sobą, gdybym się w tym nie doszukała drugiego dna. :)

Pomyślałam sobie, że może rzeczywiście trochę racji ma ten Grechuta, śpiewając, że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy. Mnie to zawsze irytowało, bo mam tendencję do zatrzymywania wspomnień. Lubię sobie patrzeć wstecz, analizować wydarzenia z przeszłości i oceniać, jaki miały wpływ na przyszłość. Często tworzę sobie taki prywatny "ranking ważnych dni", tych minionych dni, które były szczególnie istotne dla mojego "dzisiaj". A tu taki Grechuta mi w koło Macieja tłucze, że to wszystko jednak nieważne, bo ważne są tylko... Denerwuje mnie to, bo ja sobie po swojemu patrzę na życie. Dlatego m.in. nie lubię tego utworu.

Ale dzisiaj, kiedy podświadomość do obrzydzenia wręcz powtarzała mi szczególnie refren tej piosenki, doszłam do wniosku, że jednak jest w niej coś, co mnie pociąga. Czekanie. To w gruncie rzeczy kawałek o czekaniu. Mało tego - życie to jedno wielkie czekanie. Wiadomo, że warto żyć pełnią życia tu i teraz, a nie marnować je na ciągłe oczekiwanie na coś. Ale choćbym nie wiem jak bardzo usiłowała się przed tym wzbraniać, to i tak ciągle na coś czekam. I śmiem przypuszczać, że znakomita większość ludzkości tak ma.

Teraz czekam na Narzeczonego, który lada chwila ma się pojawić na obiadokolacji. Czekam na noc, bo lubię spać i na kolejny dzień w pracy - co przyniesie ciekawego albo nieciekawego? Czekam na spotkanie z koleżanką, na przypływ gotówki, na wakacyjny wyjazd, na naszą rocznicę, na koniec studiów, na ślub, na dzieci, na własny dom... A tak na co dzień - po śniadaniu czekam na obiad, w pracy czekam na powrót do domu, gdy kładę się spać, czekam na ranek... Czekam aż uzbiera się pralka prania i pełny kosz śmieci. Na odpowiedzi na maile, na wyniki badań, na wieczorny telefon od Narzeczonego... I tak sobie myślę, że od początku to czekanie gdzieś nam towarzyszy. Gdy było się w brzuchu mamy, wszyscy wokół czekali na narodziny, później na pierwszy uśmiech, pierwszy ząbek, na raczkowanie, na pierwsze samodzielne kroki, słowa, na pójście do przedszkola, potem do szkoły, na maturę, na studia, na męża... Całe życie jest jednym wielkim oczekiwaniem. I co najlepsze - jest w tym pewien urok. Tak, uświadomiłam sobie dzisiaj, że lubię czekać! Lubię tę mieszankę tęsknoty i pełnego tajemnicy oczekiwania na to, co przyniosą najbliższe i dalsze chwile... Czekanie, choć czasem może jest uciążliwe, a nawet bolesne, jest nieodłączną częścią życia. Mojego życia, żeby nie było.

Hm, w życiu nie podejrzewałabym siebie o tak wydumane refleksje zainspirowane... znienawidzonym Grechutą... :)

1 komentarz:

Jeśli chcesz, możesz skomentować to, o czym piszemy. Oczekujemy jednak podpisania się pod swoimi słowami, choćby pseudonimem. Komentarze wulgarne i obraźliwe będą usuwane.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...